Trzy trekingi i jeden spacer – cz.2

wyprawa_zdjecie

Numer trzy: K2 & Broad Peak view point (ok. 4500 m.n.p.m.)

Jeżeli poprosić małe dziecko, o narysowanie na kartce papieru góry, to najprawdopodobniej, zgodnie z jego wyobrażeniem, będą to dwie kreski, stykające się pod ostrym kątem. Bardzo podobny kształt, do tego dziecięcego wyobrażenia, ma K2. Przez niektórych nazywany jest piramidą (zdjęcie poniżej – nie moje). Drugi najwyższy szczyt świata. Niewątpliwie najtrudniejszy do zdobycia ze wszystkich ośmiotysięczników. Wielu wspinaczy uważa go za cel ostateczny. Amerykański wspinacz Ed Viesturs nazwał go świętym gralem wspinaczki. Do tej pory na szczycie K2 nogę postawiło 306 wspinaczy. Wszyscy latem. Kolejna nazwa to góra śmierci. Statystycznie na stu wspinaczy, którzy zdobyli szczyt, przypada aż dwudziestu dziewięciu, którzy zginęli na zboczach góry. Wielu z nich w drodze powrotnej po zdobyciu szczytu.

k2
K2 jest ciężko zobaczyć. Znajduje się on w sercu Karakorum, oddalony od najbliższych dróg i wsi o dziesiątki kilometrów. Można wybrać się na dwutygodniowy trekking w górę lodowca Baltoro, ale to wiąże się z wysokimi kosztami. Jeżeli nie dysponuje się odpowiednimi finansami i chce się zobaczyć K2 ze względnie rozsądnej odległości, jedyną opcją pozostaje wieś Hushe, skąd prowadzi ścieżka do położonego 1200 m wyżej punktu widokowego. Postanowiłem się tam wybrać.

wyprawa_zdjecie
Żeby dostać się do Hushe, trzeba najpierw pokonać 100 km krętą wąską drogą do miasteczka o nazwie Khaplu, a następnie 60 km drogą dla jeepów. Ten ostatni odcinek okazał się lekko problematyczny w kwestii autostopowania. W całej dolinie jest kilka wsi. I z tych wszystkich wsi na palcach można zliczyć ludzi, którzy są w posiadaniu samochodu. Zaczynając marsz o poranku, jeszcze o tym nie wiedziałem, licząc, że coś w końcu nadjedzie. Po 3h marszu, dotarłem do policyjnego punktu kontrolnego i poinformowano mnie, że przez następne pół dnia raczej nic nie nadjedzie. Policjant wykonał telefon i dowiedział się, że jeden jeep powinien przejeżdżać tędy około godziny siedemnastej. Nie pozostawało nic innego, jak zaczekać. Chwilę przed wybiciem godziny zero, na punkcie kontrolnym zjawił się człowiek na motorze, który po krótkiej rozmowie zaoferował podwózkę. Motocyklo-stopem nigdy nie podróżowałem, więc postanowiłem skorzystać. Komfort podróży był średni, biorąc pod uwagę nierówności na drodze. Po 10 km, mój kierowca zatrzymał się w jednej ze wsi, żeby wstąpić do znajomego i w tym czasie zza pleców nadjechał jeep. Stara terenowa Toyota. Za 150 rupii (4,60 zł) przesiadłem się na pakę wspomnianej Toyoty, na której było upchane na stojąco około trzynaście osób, wraz z towarami wiezionymi do jednego ze sklepów. Ludzie płacą grube pieniądze za zorganizowane ‘jeep safari’, które ja w wersji niekomercyjnej otrzymałem za niecałego piątaka. Podróż trwała około dwóch godzin i Hushe osiągneliśmy już po zmroku. Kilku lokalnych próbowało sprzedać mi nocleg za ponadprzeciętnie wysoką stawkę. Odmówiłem i ostatecznie rozbiłem namiot na kawałku zieleni otaczającej meczet.

wyprawa_zdjeciewyprawa_zdjecia
Następne trzy dni upłynęły pod znakiem złej pogody. Biorąc pod uwagę, że w Hushe nie ma internetu, zasięgu telefonii komórkowej oraz bardzo często również prądu, miałem wyjątkowo dużo czasu dla siebie. Na myślenie, czytanie, słuchanie muzyki i tak w kółko. O poranku czwartego dnia pogoda trochę się polepszyła, więc zdecydowałem ruszać w górę. Pierwsze trzy godziny to marsz ścieżką na wysokogórską polanę, zwaną przez miejscowych Hummbrok. Stamtąd miała wieść kolejna ścieżka do punktu widokowego, której niestety nie znalazłem. Spojrzałem więc na ośnieżony szczyt przede mną i uznałem, że z niego na pewno będzie widać K2. Gapiłem się w stronę szczytu przez dobre 15 minut podczas spożywania drugiego śniadania. Próbowałem znaleźć najłatwiejszą drogę, jednak wszędzie było widać jakieś przeszkody. Jeżeli z dołu przeszkoda wygląda na średnio trudną, to najprawdopodobniej w rzeczywistości okaże się bardzo trudna lub nawet niemożliwa do pokonania. Dodatkowo ostatniej nocy spadło sporo śniegu, co zwiększało niebezpieczeństwo. Zacząłem się wspinać z myślą, że w razie czego zawsze mogę zawrócić. O zdążenie przed końcem dnia również się nie martwiłem, ponieważ miałem ze sobą namiot. Z każdym metrem droga robiła się coraz trudniejsza. W końcu osiągnąłem punkt, w którym zdecydowałem, że dalej nie idę.

wyprawa_zdjecia

W górach ambicje zawsze muszą być na drugim miejscu. Pierwsze miejsce należy do zdrowego rozsądku. Zacząłem rozglądać się za miejscem, w którym mógłbym spędzić noc. Znajdowałem się na głównej grani, więc były tu tylko skały. Ani źdźbła trawy, na której można by rozbić namiot. Wypakowałem swoje graty pod jedną ze skał i zacząłem podgrzewać wodę na moim przenośnym zestawie: ‘mała butla z gazem + palnik’. Niewiarygodne, jak gorąca herbata może podnieść morale. Bez niej czułbym się źle. Pogoda znów się zepsuła. Nie zanosiło się na opady deszczu czy śniegu, ale szczyty gór były ukryte w chmurach. Przez to ani K2, ani Broad Peak nie były widoczne. Położyłem się spać z nadzieją, że rano widoczność będzie dobra. W górach przeważnie o poranku jest lepsza pogoda. Jaka była, możecie zobaczyć na poniższym filmiku:

(Jeżeli powyższe video nie otwiera się, kliknij TUTAJ)

Zaparzyłem kolejną herbatę, zjadłem śniadanie i zabrałem się za schodzenie w dół. Okazało się to całkiem łatwe, ponieważ zostawiłem na śniegu ślady stóp, więc mogłem podążać dokładnie tą samą drogą, którą wyszedłem. W południe byłem już z powrotem w Hushe.

wyprawa_zdjecia
W prawdzie nie zobaczyłem tego, co zobaczyć chciałem, ale doświadczenie było jak najbardziej cenne. Dowiedziałem się, że ani dziś, ani jutro żaden jeep nie opuści wioski. Spakowałem więc graty do plecaka i następnego dnia o poranku wyruszyłem w 50-kilometrową drogę powrotną. Zajęło mi to 11 godzin z kilkoma krótkimi przerwami. Podczas całego dnia minął mnie jeden jeep i jeden samochód osobowy. Oba w przeciwnym kierunku do mojego. Dopiero po zmierzchu nadjechał jeep z włoską rodzinką w środku. Oni podrzucili mnie na ostatnich kilometrach do Khaplu, gdzie w małym sadzie rozbiłem namiot i poszedłem spać.

wyprawa_zdjecia

wyprawa_zdjecie

wyprawa_zdjecia

sm23

Numer 4: Spacer

Spacer, ale nie do końca zgodny z powszechnym wyobrażeniem spaceru. Nazwałbym go spacerem w stylu Indiany Jones’a. Z przygodami.
Odkąd jestem w podróży, moja mama czyta w internecie wszystko, co tylko można przeczytać na temat krajów, w których aktualnie się znajduję. Dzięki temu jest ona dobrym źródłem informacji pt. ‘co jeszcze można zobaczyć’. W jednym z maili poleciła mi, żebym podczas pobytu w wiosce Passu wybrał się na tzw. ‘Spacer dwóch mostów’. W jednej wsi przekracza się jeden most linowy, a wraca się drugim mostem linowym do drugiej wsi. Będąc na miejscu zasięgnąłem informacji na temat spaceru u napotkanego człowieka i dowiedziałem się, że jeden z mostów został zniszczony i jego przekroczenie jest obecnie niemożliwe. Postanowiłem pytać dalej, żeby dowiedzieć się coś więcej. Niemożliwe, niemożliwe, możliwe, ale niebezpieczne. O, jakaś odmiana. Zacząłem dopytywać i okazało się, że jednak most da się przekroczyć, ale raczej tego nie polecają. Poszedłem sprawdzić, jak sytuacja wygląda naprawdę, a wygląda tak jak na zdjęciach poniżej:

wyprawa_zdjecia

wyprawa_zdjecia

Czemu by nie spróbować? Dodatkowa adrenalina zawsze w cenie. Jeżeli będzie zbyt niebezpiecznie to się wycofam. Wszedłem obiema stopami na stalową linę i bardzo powoli zacząłem przemieszczać się w kierunku wody. Wtedy na brzegu pojawił się miejscowy chłopak, również z zamiarem przedostania się na drugą stronę. Doskonale, zobaczę jak robi to profesjonalista, a potem zrobię tak samo. Wycofałem się, żeby go przepuścić. Chłopakowi przejście mostu zajęło kilka minut. Kiedy skończył wszedłem ponownie na stalowa linę. Początek był w porządku. „Straszny” moment następował po około 2/3 długości mostu, kiedy część lin znajdowała się pod powierzchnią wody. Lokalni, żeby nie zamoczyć butów, wchodzili w tym momencie na dwie najwyższe liny, bardzo się przy tym chwiejąc. W imię ostrożności, zrezygnowałem z tej opcji. Miałem na sobie sandały, więc zamoczenie, było dla mnie dopuszczalne. Rzeka, która płynęła pod moimi stopami, nazywa się Hunza. Główny nurt na wysokości mostu ma około dwadzieścia metrów szerokości. Przepływa tamtędy sporo wody i dzieje się to na tyle szybko, że generowany szum porównywalny jest do hałasu suszarki do włosów. Zastanawiałem się, jak trudne byłoby wypłynięcie na brzeg, w przypadku wpadnięcia do wody o tak silnym nurcie. Prawdę mówiąc, bardziej niż o siebie, martwiłem się o aparat fotograficzny, który miałem ze sobą. On by na pewno nie wyszedł z tego cało.

wyprawa_zdjecia

Poczułem na stopach lodowatą wodę i zacząłem powoli się przesuwać, mocno ściskając rękami, wyżej zawieszoną linę, na wypadek, gdyby nogi ześlizgnęły się z tej dolnej. Po chwili, która mocno się przeciągała, znalazłem się z powrotem ponad wodą. A stamtąd zostało już kilka metrów do drugiego brzegu, na którym czekał kolejny chłopak. Oświadczył, że jestem pierwszym obcokrajowcem, który przekroczył ten most. Poczułem się fajnie, ponieważ fajnie jest być w czymś pierwszym.
Wszedłem na ścieżkę i obrałem kierunek na drugi, w pełni sprawny most. Jedna z zapytanych osób powiedziała, że jest do niego 2 godziny drogi. Szedłem spokojnie, po drodze robiąc zdjęcia i podziwiając widoki.

wyprawa_zdjecia

W końcu 2 godziny minęły, a mostu nigdzie nie było widać. Nie było też żadnej żywej duszy, którą można by zapytać o drogę. Szedłem więc dalej, tak jak prowadziła ścieżka. W końcu doszedłem do głębokiego koryta sezonowej rzeczki i po oględzinach doszedłem do wniosku, że nie da się go przekroczyć. Zszedłem więc do koryta rzeki Hunzy. Koryto miejscami jest bardzo szerokie, nawet do jednego kilometra. Poprzecinane mniejszymi odnogami od głównego nurtu rzeki. Z tego miejsca miałem widok na kilka kilometrów w prawo oraz w lewo. A mostu brak. Jak to możliwe, że go nie ma, skoro wszyscy mówili, że jest. Wytężałem wzrok, ale niczego nie mogłem dostrzec. Może mnie oszukali? Albo mieszkańcy jednej wsi tak dawno nie byli w drugiej, że nawet nie wiedzą, że most już nie istnieje? Nie wydawało się to prawdopodobne.

wyprawa_zdjecia

Postanowiłem udać się do następnego zakola rzeki w nadziei, że ujrzę za nim upragniony most. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Wdrapałem się na skałę, z której mogłem spojrzeć na następne kilka kilometrów rzeki by uświadomić sobie, że… MOSTU NADAL NIE MA! Uznałem, że trzeba wracać. Od pierwszego mostu dzieliło mnie ponad trzy godziny drogi. Postanowiłem, że będę szedł korytem rzeki tak długo, jak to możliwe, ponieważ wydawało się to szybsze. W pewnym momencie, idąc po mokrym gruncie okazało się, że to ruchome piaski. Plum i moja jedna, a potem druga noga wpadły prawie po kolana do gęstego błota. Zastrzyk adrenaliny wprost do serca natychmiastowy. Szybko z tego wyskoczyłem i zacząłem się śmiać, ciągle jeszcze lekko przestraszony. W dalszej drodze unikałem już mokrego piasku.

wyprawa_zdjecia

wyprawa_zdjecia

Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego wpisu, pisałem, że podczas pierwszych dwóch tygodni mojego pobytu w Karakorum noce były bezksiężycowe. Niestety nie udało mi się dojść do pierwszego mostu przed zmrokiem. Doszedłem do niego, kiedy było już kompletnie ciemno. Dobrze, że wziąłem ze sobą latarkę, ponieważ przekroczenie uszkodzonego mostu, które opisałem wyżej, przyszło mi powtórzyć po zachodzie słońca ;).

Porada wynikająca z ostatniego akapitu: W górach zawsze bierzemy ze sobą latarkę. Nawet jak planowany powrót wypada w południe.

wyprawa_zdjecia

Na moją podróż do Azji zabrałem tylko jedną parę obuwia. Sandały. Dziś, po 4 miesiącach, uważam, że była to dobra decyzja. W ciepłych krajach inne obuwie nie jest potrzebne. Jednak sandały nie są najlepszym wyborem do wspinaczki górskiej. Pomyślałem o tym już w Kaszgarze w Chinach i udałem się na tamtejsze targowisko, celem odnalezienia najtańszych z najtańszych butów trekkingowych. Buty znalazłem i po zaciętych targach udało mi się zejść do ceny 25 zł za parę. Miałem zamiar użyć ich tylko w Karakorum, a potem wyrzucić. Wykonały swoje zadanie. Dziury wyskoczyły w nich już po pierwszym trekingu, więc na każdy następny wykładałem je kartkami papieru. Tak wyglądały po ostatnim wyjściu:

wyprawa_zdjecia

wyprawa_zdjecia

wyprawa_zdjecia

..Okej, ale co z tym mostem?

Też nie dawało mi to spokoju. Na drugi dzień poszedłem go szukać ponownie, ponieważ właściciel hotelu upierał się, że jest na pewno. Dotarłem na brzeg rzeki, gdzie spotkałem dwóch pasterzy owiec. Jeden z nich miał lornetkę. Dzięki temu narzędziu oraz wskazaniu przez pasterza kierunku, w końcu w oddali ujrzałem ledwo widoczne linki, przecinające rzekę. Tak, to był most. Kilka kilometrów wcześniej niż ja zaszedłem dnia poprzedniego. Czy uważam moje błądzenie za czas zmarnowany? W żadnym wypadku. Przygody są zawsze w cenie. A najlepsze przytrafiają się nieplanowane ;).

wyprawa_zdjecia

6 thoughts on “Trzy trekingi i jeden spacer – cz.2

  1. Marcin
    24 November 2013 at 19:48

    Jesteś szalony… Ale to chyba po mamie skoro jeszcze Ci podsyła takie pomysły jak z tymi mostami ;-)

    Jakoś dziwnie włosy mi się jeżą na całym ciele jak to czytam i oglądam!

  2. Kamil
    25 November 2013 at 20:52

    WOW! Podziwiam Twoją odwagę a podróż śledzę od samego początku i z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy!

    Mam jednak pytanie natury technicznej- zasilanie. Skąd je bierzesz będąc w tak odległych zakątkach świata? Aparat, telefony, to wszystko wymaga energii a nie sądzę byś chodził z plecakiem wypchanym do połowy bateriami :D Posiadasz ze sobą ładowarki solarne? Czy jakieś inne cuda techniki?

    1. Patryk
      26 November 2013 at 00:00

      Widziałem raz w Chinach człowieka, który w hostelu, mimo, że miał dostęp do prądu, lądował swoja komórkę ładowarką solarną. Pewnie go gryzło, że wydal na to kasę, a okazało się, że wcale nie jest to potrzebne, więc używał na siłę. Co chcę przez to powiedzieć. Prąd się zawsze gdzieś znajdzie. Nawet w zadupiach. Dobrze mieć ze sobą starszy telefon, bo bateria w nich dłużej trzyma. Do aparatu fotograficznego kupiłem dodatkową baterię. Z taka konfiguracją, jeżeli naładuję wszystko do pełna, to 4-5 dni mogę spędzić na odludziach. To w zupełności wystarcza.

  3. Tomf
    26 November 2013 at 15:23

    Jak zwykle b.dobry wpis. Pięknie opisane, aż milo się czyta :)

  4. 22 December 2013 at 20:50

    Czytając “K2 Ostatnia Bariera” Janusza Kurczaba i jego opis przeprawy przez most nad Dumordo, od razu pomyślałam o Twoim spacerze :D Świetny blog, stale tutaj zaglądam.
    Wielkie ukłony z rodzinnego miasta!

  5. 24 February 2014 at 21:54

    Witaj Patryk:)
    Dowiedziałam się o Tobie całkiem przypadkowo wczoraj od młodzieńca o imieniu Jonatan. Okazało się, że mieszkamy w tej samej miejscowości:) Przeczytałam zaledwie fragment Twego bloga, bardzo podoba mi się sposób, w jaki opisujesz swoje wrażenia z fascynujących wypraw. Wrócę tu z pewnością, a tymczasem pozdrawiam Cię serdecznie i życzę niegasnącej pasji globtroterskiej, szerokich skrzydeł i bezpiecznych ścieżek.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *