Trzy trekingi i jeden spacer – cz.1

treking_zdjecie

Część z czytelników bloga postulowała, żeby pojawiało się więcej filmików. Tak się dobrze składa, że w górach Karakorum było co nagrywać, dlatego w odpowiedzi na wasze oczekiwania, dziś będzie wpis multimedialny. Tekst, zdjęcia i video.
Kiedy postawiłem swoją nogę w Pakistanie, jedną z pierwszych rzeczy, którą zrobiłem, było otwarcie przewodnika i wyszukanie informacji na temat interesujących trekingów górskich. Wybór był spory. Od łatwych po trudne, od jednodniowych po dziesięciodniowe, itp, itd. Wytypowałem kilka, które odpowiadały moim oczekiwaniom i ostatecznie zrealizowałem tytułowe trzy trekingi i jeden spacer.

Numer jeden: Hon Pass (4257 m.n.p.m.)

Dwa dni upłynęły, zanim wybrałem się na ten treking. W pierwszy zbyt się ociągałem z porannym wstaniem i ostatecznie godzina była zbyt późna, żeby wyruszać, natomiast w drugi dzień pogoda się zepsuła i znów zostałem uziemiony. Na szczęście w trzecim dniu wstałem wystarczająco wcześnie i pogoda była zadowalająca.
Ruszyłem w górę, początkowo próbując się odnaleźć w labiryncie kamiennych domów i płotów wioski zwanej Karimabad. Kiedy udało mi się wyjść z labiryntu, moim oczom ukazał się całkiem przyzwoity widok na dolinę Hunzy:

treking_zdjecie
Dalsza droga wiodła wzdłuż kanałów wodnych, które doprowadzają wodę wypływającą spod lodowca do wsi położonych niżej. W tym regionie deszcz praktycznie nie pada, więc jedynym źródłem wody jest lodowiec. Na szczęście jest jej aż nadto, więc starcza i dla ludzi i dla roślin.
Po drodze spotkałem kilku robotników, którzy budowali nową nitkę kanału wodnego. Obok niego zawsze wiedzie wąska ścieżka. Ta z kolei nie jest wskazana dla ludzi z lękiem wysokości, co można łatwo zaobserwować na poniższym zdjęciu:

treking_zdjecie
Poukładane kamienie, na prawie pionowej ścianie, wydają się przeczyć prawom grawitacji, ciągle utrzymując się w tym samym miejscu. Sekret podobno tkwi w ich dokładnym dopasowaniu do siebie. Tak czy owak, krocząc ścieżką, czułem, że zawierzam swoje życie w doświadczenie tych robotników. Obsunięcie równałoby się zejściu z tego świata.
Dalsza droga wiodła rumowiskiem skalnym, w którym wydeptana dróżka łatwo znikała. Z racji tego, że znajdowałem się w polodowcowej dolinie o bardzo stromych ścianach, nie trzeba było się martwić o szukanie ścieżki, ponieważ zabłądzenie nie wchodziło w grę. Po około 3 godzinach marszu dotarłem do tzw. Ultar Meadow (Łąka pod Ultarem). Jest to wysokogórska łąka, z porozrzucanymi po niej głazami, na której w lecie pasterze wypasają kozy i owce. Znajduje się tam mała chatka, w której zastałem jednego pasterza. Mimo iż nie znał angielskiego, jakoś mi wytłumaczył dalszą drogą. Jak się później okazało, niezbyt dokładnie się zrozumieliśmy.
Ruszyłem w górę łąki, napełniając butelkę wodą przy ostatnim dostępnym źródle. Choć z dołu droga wydawała się krótka, zwiększałem swoją wysokość zadziwiająco powoli. Stromy teren + plecak z ekwipunkiem + rozrzedzone powietrze skutecznie mnie spowalniały. Co kilkanaście kroków musiałem się zatrzymywać, żeby wyrównać oddech. Wspomniany pasterz skierował mnie do formacji skalnej, którą widać po prawej stronie na poniższym zdjęciu:

treking_zdjecie
Po 10 minutach wspinaczki tym żlebem uznałem, że niemożliwym jest by droga tędy wiodła, ponieważ jest tutaj zbyt niebezpiecznie. Zarządziłem odwrót. Z wielkim plecakiem schodzenie jest trudniejsze. Zawsze trzeba mieć to na uwadze. Ostatnia z półek okazała się zbyt wysoka, żeby opuścić się z niej z plecakiem na plecach. Postanowiłem najpierw zrzucić plecak, a potem sam zejść. Nieprzemyślana decyzja. Plecak po upadku zaczął się toczyć po zboczu, nabrał prędkości i zniknął za rogiem. Krzyknąłem tylko „Kurwa nieeeee!”. Szybko opuściłem się na rumowisko poniżej półki i zacząłem gonić plecak. Po wyjściu zza rogu zobaczyłem go jakieś 40m niżej. Zwolnił, ale wciąż się nie zatrzymał. Za każdym razem, kiedy już prawie stanął na jakiejś większej skale, siła pędu popychała go dalej i fikołkował kolejne kilka metrów niżej. Trwało to wieczność. Mogłem się tylko przyglądać, próbując go dogonić. W końcu się zatrzymał. Kamień spadł mi z serca. Doszedłem do niego i zacząłem szukać poniesionych strat. O dziwo plecak tylko się zakurzył. Nawet małego przetarcia nie było. Zanim go kupiłem, na jakimś forum przeczytałem opinię użytkownika: ‘plecak jest pancerny’. Potwierdzam w 100%. Lekkiemu uszkodzeniu uległa obudowa telefonu i aparatu fotograficznego, ale na szczęście nie wpłynęło to na działanie obu urządzeń. Przetrwała też woda w butelce. Bez niej najprawdopodobniej musiałbym zawrócić. Adrenalina opadła, strat nie poniosłem, czas ruszać dalej. Tym razem drogą, którą sam wybrałem.
Po około godzinie osiągnąłem przełęcz. Na ostatnich 100 m podejścia nawet ścieżka się wyklarowała. Kiedy stawiałem ostatnie kroki, moim oczom powoli ukazywał się widok na drugą stronę przełęczy. Widok, który wycisnął ze mnie głośne ‘Yeeeeaah’. Ten moment na końcu wspinaczki trwa krótką chwilę i jest tym, co sprawia, że wspinacze zawsze powracają w góry. Po godzinach trudów, zmagania się z przeciwnościami, w końcu się udaje. I w dodatku towarzyszy temu przepiękny widok. W sekundę zalewa cię nieskończone szczęście. Ma się ochotę płakać z radości. Potem można zacząć schodzić, przygotowywać posiłek, cokolwiek. Doskonały humor gwarantowany.

treking_zdjecie

Żeby trochę lepiej ukazać Wam miejsce do którego się wdrapałem, wykonałem zdjęcie panoramiczne: KLIKNIJ TUTAJ.

Po zjedzeniu jajka, kawałka chleba i kilku przepysznych ciasteczek czekoladowych, zabrałem się za rozstawianie namiotu. Przełęcz nie dysponowała zbyt wielką powierzchnią trawnika, więc musiałem poukładać kilka kamieni, by potem w pół na ziemi, w pół na kamieniach rozbić namiot. Słońce powoli zaczęło chować się za górami. Ostatni dobry moment, żeby nagrać video:

(Jeżeli powyższe video nie otwiera się, kliknij TUTAJ)

Po zajściu słońca, temperatura bardzo szybko zaczęła spadać, dlatego rozebrałem się i wskoczyłem do śpiwora. Założyłem słuchawki na uszy, wybrałem Red Hot Chili Peppers, wcisnąłem play i zacząłem śpiewać. Tak czy owak nikt mnie nie usłyszy, to czemu nie? Tego wieczoru sen szybko do mnie przyszedł.
Tak się składa, że podczas pierwszych 2 tygodni mojego pobytu w Karakorum, nie wiem dlaczego, ale wszystkie noce były bezksiężycowe. W miejscu w którym do najbliższego „miasta” jest 100 km, a w okolicznych wsiach nocą prąd często jest wyłączany, brak księżyca oznacza kompletną ciemność. Bez latarki jednego kroku nie da się zrobić. Jednak taka ciemność ma jedną, bardzo wielką zaletę. Gwiazdy widać jak nigdy. Zwłaszcza na wysokości 4000 m, gdzie ma się nad głową trochę mniej atmosfery.
Około 3 w nocy przebudziłem się i musiałem wyjść z namiotu za potrzebą. Oto co ujrzałem:

treking_zdjecie

Do wyższej rozdzielczości: KLIK

Następna pobudka o godzinie piątej. Słońce wzejdzie około pół do szóstej. Czuję na twarzy i dłoniach, że temperatura nadal utrzymuje się poniżej zera. Tym bardziej wyczekuję pierwszych promieni, które ogrzeją powietrze i twarz. W końcu są i rzucają pomarańczowo-żółte światło na wierzchołki najwyższych szczytów.

treking_zdjecie

Dla porównania zrobiłem również zdjęcie panoramiczne o poranku: KLIK

Po zjedzeniu śniadania, spakowałem graty i zacząłem schodzić w dół. Około godziny trzynastej dotarłem do Karimabadu, wszedłem na hostelowe podwórko i rozsiadłem się na jednym z metalowych krzeseł, rozstawionych pod drzewem jabłoni, oddając się błogiemu nic nie robieniu.

treking_zdjecie

treking_zdjecie

treking_zdjecie

treking_zdjecie

treking_zdjecie

treking_zdjecie

treking_zdjecie

Numer dwa: Góra bez nazwy (ok. 4500 m.n.p.m.)

Nad jezioro Borith trafiłem całkiem przypadkiem. Próbowałem złapać stopa do wioski o nazwie Passu, ale zatrzymał się człowiek jadący akurat do Hussaini, czyli jedną osadę wcześniej. Skorzystałem. Tam na ulicy wdałem się w rozmowę z napotkanym mężczyzną, który okazał się być przewodnikiem górskim i z racji tego, że już się ściemniało polecił mi udać się do oddalonego o 20 minut marszu, jeziora Borith. Kiedy dotarłem na miejsce, było już kompletnie ciemno. Zapytałem starszego człowieka, właściciela hoteliku, gdzie mogę rozbić namiot. Zamiast odpowiedzi, polecił mi usiąść na krześle i poczekać. Przyniósł herbatę, a potem kolację. Po takim obrocie spraw postanowiłem zostać w hotelu. Płacąc całe 6 zł za dobę.

treking_zdjecie

Nad jeziorem wznosiła się góra. Góra, która wydawała się nie być aż tak trudna do zdobycia. Jedynie przy wierzchołku można było dostrzec sporo wystających skał. Nie planowałem przybyć nad jezioro i nie planowałem też zdobyć tej właśnie góry. Ale spodobała mi się, dlatego postanowiłem spróbować. Takie uroki luźnego podróżowania. Spytałem właściciela hotelu o porady dotyczące wspinaczki. Wskazał mi dwie możliwe drogi. Stromą i szybszą oraz łagodną i dłuższą. Postanowiłem wejść od stromej strony, zejść od łagodniej i zrobić to w ciągu jednego dnia. Brak plecaka oznacza znacznie szybszą wspinaczkę.

treking_zdjecie
Wyruszyłem o wczesnym poranku. Obszedłem jezioro i zacząłem powoli przemieszczać się do góry. Orientacyjnych trudności brak. Prawie cała droga była widoczna z dołu. Stroma trasa okazała się bardzo stroma, im wyżej tym bardziej. W pewnym momencie moje kroki były tak naprawdę półkrokami, ponieważ z każdym jednym noga obsuwała się w dół po mieszance piasku i kamieni. Ta monotonia trwała dobre 3 godziny. Niebo było bezchmurne, przez co słońce dawało się we znaki. W końcu doszedłem do skał przy wierzchołku i straciłem pewność, którędy iść. W jednym miejscu dostrzegłem lekko wydeptaną ziemię. Ciężko było określić, czy to za sprawą człowieka, czy po prostu natura stworzyła w tym miejscu kawałek twardego gruntu. Z powodu braku lepszych pomysłów, postanowiłem zacząć wspinać się w tym miejscu.
Ogromna różnica jest pomiędzy turystyką górską po wyznaczonych szlakach, a wspinaczką na własną rękę. Różnica głównie psychologiczna. W pierwszym przypadku choćby jak trudny był szlak, ma się świadomość, że ktoś go mimo wszystko wytyczył. Że już wielu ludzi nim wcześniej przeszło, i że dokądś on zaprowadzi. Przy wyznaczaniu trasy na własną rękę, jest się niepewnym. Bo nie wiadomo czy po 20 minutach wymagającej wspinaczki, nie okaże się, że za rogiem wyrosła ściana skalna, której nie będzie dało się przekroczyć lub będzie to zbyt niebezpieczne i trzeba będzie wracać. Na każdym trudniejszym odcinku myśli się: ‘iść czy nie iść’. Jak pójdę i okaże się, że będę musiał wracać, to zejście w tym miejscu może być znacznie trudniejsze. Im więcej takich momentów, zanim sytuacja się nie wyklaruje, tym większy dyskomfort psychiczny.
Wspinałem się więc drogą, której nie byłem pewny przez jakieś 20 minut. Każdy trudniejszy moment starałem się ocenić pod względem możliwości zejścia nim. Na szczęście wszystkie wydawały się być akceptowalne. W końcu doszedłem do grani i moim oczom ukazał się taki widok:

treking_zdjecie
Droga po skałach o szerokości, w zależności od miejsca, od 2 do 4 metrów. Po obu stronach przepaść. Zdjęcia są dwuwymiarowe, więc powyższe nie oddaje obecnej tam przestrzeni. Jednak osoba z lękiem wysokości raczej by tam kroku nie zrobiła. Jeżeli się przyjrzeć, to ze skał wystaje mnóstwo małych półeczek. Prawie jak schody. A wychodzenie po schodach jest łatwe. Kontynuowałem więc wspinaczkę tą drogą. Po około 15 minutach w końcu nadeszła ulga. Z jednego punktu mogłem dostrzec pozostałą drogę, aż do samego szczytu. To oznaczało wyklarowanie się sytuacji, czyli koniec niepewności. Zanim do szczytu doszedłem, minęło jeszcze 45 minut. Ten ostatni odcinek pokonałem już wyluzowany. A na szczycie, tradycyjnie, eksplozja radości. Korzystając z tego, że nikt nie słyszy zacząłem się wydzierać. To samonapędzający się mechanizm. Jak się krzyczy to podsyca to radość, a jak radość jest większa to ma się ochotę jeszcze głośniej krzyczeć. Po tym przystąpiłem do spożycia posiłku, którym były czekoladowe ciasteczka. Nazwałem je ciasteczkami zwycięstwa.

treking_zdjecie

Poniżej filmik ze szczytu:

(Jeżeli powyższe video nie otwiera się, kliknij TUTAJ)

Proszę się nie sugerować, film zawiera jedną informację nieprawdziwą i jedną naciągniętą. Lodowce mi się pomyliły. Jeden z najdłuższych jest w następnej dolinie. Nazywa się Gulmit Glacier. Passu jest stosunkowo krótki. Co do wysokości to poślizgnąłem się o jakieś 500m. Ale tutaj muszę się usprawiedliwić. Dzień wcześniej podano mi błędną wysokość jeziora, które było dla mnie punktem odniesienia. Tak, że w przypadku tego video liczą się walory wizualne, a nie to co mówię ;). Na koniec jeszcze kilka zdjęć:

treking_zdjecie

treking_zdjecie

treking_zdjecie

5 thoughts on “Trzy trekingi i jeden spacer – cz.1

  1. Marcin
    24 November 2013 at 19:51

    Rewelacyjne zdjęcia i filmiki !!!

  2. Mamat
    12 December 2013 at 17:59

    Wiecej relacji, pieknie piszesz, chce sie czytac,

  3. Kuba
    16 December 2013 at 21:43

    Podziel się jakiej firmy masz plecak i jaki model jak możesz :)

  4. Karol
    20 January 2014 at 09:42

    super zdjecia i super wyprawa kolego pozdrawiam

  5. Zofia
    8 December 2014 at 23:16

    Witaj Patryk w dalekim świecie,
    dzisiaj rozmawiałam z Twoją Mamą,
    piękna wspaniała podróż życia,
    piękne zdjęcia, filmy i opisy.
    Gratulacje !!!
    Pozdrawiam :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *