Rumunia – zapiski z dziennika

rumunia1-700

9.08.2013
Rano załapałem się ze stacji z dwoma Węgrami do miasta Debrecen, gdzie na butach udałem się na wylotówkę w stronę granicy z Rumunią. Na jednej ze stacji benzynowych zapanowało poruszenie mające na celu wytłumaczenie mi drogi. Słabo mówili i rozumieli po angielsku, ale dali radę. Kilka godzin później bylem już w Oradei w Rumunii. Pierwsze wrażenie, jakie zrobił na mnie ten kraj – bardzo dobre. Choć widać, że jest biednie. W mieście ładna dziewczyna pomogła mi dostać się do centrum tramwajem, właściwie nie proszona o pomoc. To się później powtarzało. Ludzie sami pytali skąd jestem, czy się zgubiłem, czy potrzebuję pomocy. Bardzo mi się to spodobało.
Generalnie Oradea całkiem ładne miasto. Ciekawa architektura, dużo kolorów i różne, przekombinowane fasady w budynkach. Zwiedziłem stare miasto, po czym udałem się na wylotówkę na Cluj. I tutaj sytuacja, która mnie trochę zaskoczyła. Z 10 osób przy drodze próbujących złapać stopa. Młodzi, starzy, z zakupami i bez. To tutaj normalne, jak się okazało. Ludzie chcą zaoszczędzić na komunikacji. Tak, że jechałem stopem z dwoma innymi lokalsami-stopowiczami. Ogólnie przyjęte jest, że się odpala kierowcy co łaska za podrzucenie, ale ja jako turysta-obcokrajowiec byłem zwolniony z opłaty. Później jechałem z chłopakami, którzy dali sygnały, ze Rumunii nie lubią się z Węgrami w Transylwanii. Przedstawicieli obu nacji mieszka tutaj sporo. Kwestia historyczna.
Z Cluj do Turdy rzucił mnie starszy koleś jeszcze starszą Dacią rumuńskiej produkcji. Miasto zupełnie nic dla mnie nie znaczące, a okazało się bardzo przyjemne. Po zmierzchu z CPNu, na którym próbowałem dowiedzieć się, jak jest namiot po rumuńsku, zgarnął mnie nauczyciel wf’u i rzucił w inną cześć miasta, gdzie można było rozbić namiot. Tam usłyszałem rozmowy po polsku. Trafiłem na młodych Polaków z dziećmi. 4 dorosłych i 8 dzieci. Rozbiłem namiot, oni położyli dzieci spać, po czym do ok 1 w nocy spędziliśmy na pogawędce zakrapianej wódeczką i bimbrem. Bardzo fajni ludzie, cieszę się, ze tam trafiłem.

rumunia2-700

rumunia3-700

10.08.2013
Zanim się zebrałem, wykąpałem, zszedłem na dół do miasta i kupiłem coś do jedzenia, była już chyba 12:00. Od wczoraj znajduję się na terenie Transylwanii. Jest tutaj bardzo pięknie i klimatycznie. Gdybym miał jakoś zdefiniować ten region, powiedziałbym ‘kraina niekończących się wzgórz porośniętych trawą’ . A miedzy wzgórzami wioski z charakterystyczną architekturą. Historia większości miast i małych wsi jest bardzo długa. Prawie wszędzie można było spotkać bardzo stare kościoły.
Przed Sigishoarą nie robiłem przystanków, a do w/w miasteczka dotarłem ok 16:00. Zwiedziłem stare miasto na wzgórzu, po czym zszedłem na drogę prowadzącą do małych wiosek, przez które nie przebiega żadna główna trasa. Początkowo zastanawiałem się czy to dobry wybór, bo ruch samochodów był bardzo mały. Ale udało się. Malo tego, była to bardzo dobra decyzja. Wjechałem w serce Transylwanii, gdzie kompletnie nie funkcjonowała turystyka, mogłem zobaczyć prawdziwe rumuńskie życie na prowincji. Człowiek, który mnie zabrał, pochodził z jednej z tych wsi (Agnita). Odwiedzał swoja matkę, wiec tez się załapałem. Dostałem dość sporo ciasta jabłkowego na drogę. W tych wsiach życie zaczyna się po zachodzie słońca. Ludzie, nie mając zbyt wielu obowiązków, wychodzą przed domy, spotykają się w grupkach i rozmawiają. W jednej z wiosek zaobserwowałem, że każdy dom miał wbudowaną w ogrodzenie zadaszoną ławeczkę, przeznaczaną specjalnie do takich spotkań. Dzień zakończył się w miasteczku Fagaras, gdzie aktualnie mieszkał mój kierowca. Ogólnie, to on złapał misję na bycie moim przewodnikiem. Zatrzymywaliśmy się w wielu ciekawych i ładnych miejscach, a w Fagaras poszliśmy jeszcze na zamek, gdzie akurat odbywał się jakiś festiwal muzyczny. Po tym zawiózł mnie na camping, pożegnaliśmy się, wymieniliśmy danymi kontaktowymi i poszedłem rozbić namiot. W nocy była burza. Namiot przetrwał bez szwanku i nie przepuścił ani kropli wody.

rumunia4-700

rumunia5-700

11.08.2013
Znów zebranie się i przejście całego miasta, żeby dostać się na wylotówkę, zajęło mi sporo czasu. Wziął mnie kierowca ciężarówki, słuchający tureckiej muzyki. Ogólnie to stopowanie w Rumunii idzie bardzo łatwo. Nigdzie nie stałem zbyt długo. Wysadził mnie na początku trasy, biegnącej w góry, której nazwa to “Droga Transfogaraska”. Bardzo fajna atrakcja, droga wspina się na wysokość ponad 2000 m.n.p.m. Zanim znalazłem się w wiosce po drugiej stronie gór, było już po południu. Stąd młoda parka, mówiąca po angielsku, rzuciła mnie do miasta, gdzie zaczyna się autostrada do Bukaresztu. Tam załapałem się z kolejną młodą parką, która zawiozła mnie do Bukaresztu i w dodatku wysadzili mnie na stacji na wylotówce. Jak ludzie dowiadują się, dokąd jadę, są o wiele bardziej skorzy do pomocy. Dzięki temu, często trafiałem na CPNy na wylotówkach, choć moim kierowcom nie zawsze było to po drodze.
Próbowałem jeszcze złapać stopa nad morze, ale było za późno. Zacząłem pytać przechodniów czy nie dysponują kawałkiem trawnika za domem, żeby rozbić namiot. Jeden koleś zabrał mnie do swojej matki, gdzie rozbiłem namiot, jednak matka zmieniła zdanie i się złożyłem. Starsza pani, pewnie spanikowała, ze ją okradnę i zabije. Ostatecznie noc spędziłem na trawie ze stacją benzynową. Przynajmniej rano nie musiałem iść poł miasta, żeby znaleźć się w wygodnym do stopowania miejscu.

rumunia6-700rumunia7-700
12.08.2013
Rano z CPNu zabrałem się z ziomkiem na pierwszą stacje na autostradzie w kierunku Constanty. A na tej stacji prawie od razu zgarnęło mnie dwóch starszych kolesi. Po angielsku ani trochę nie mówili. Ale za to jeden z nich, Dan, był bardzo charyzmatyczny i ekspresyjny. I to wystarczyło, żeby się komunikować. Gestami, rysując palcem po fotelu oraz naśladując dźwięki (np. odgłos pociągu na znak tego, że wysadzą mnie przy dworcu kolejowym). W każdej kwestii doszliśmy do porozumienia.
Odradzili mi zostawać w Constancie, ale nie posłuchałem. Do plaży dotarłem, jednak miasto kompletnie nic ciekawego. Część nowsza to zwykłe osiedla, a część starsza popada w ruinę, którą zamieszkują ‘dżipsis’ (tak Rumuni nazywają cyganów). Już było późne popołudnie i stwierdziłem, że nie mam ochoty iść kilku kilometrów na wylotówkę tylko po to, żeby przedostać się do oddalonego o 30km turystycznego Costinesti. Poszedłem wiec na pociąg. Akurat jechał za chwilę. Jeszcze wolniej niż w Polsce. Przejechanie 28 kilometrów zajęło mu godzinę. Ale tanio przynajmniej. 4,50 lei zapłaciłem. (w złotówkach to tyle samo).
W Costinesti ludzi full. Typowa nadmorska wioska zamieniona na imprezę. Popytałem, gdzie jest camping i zostałem skierowany. Starszy, miły i bardzo chcący pomóc pan pokazał mi gdzie jest prysznic, gdzie lodówka, gdzie palnik z gazem, żeby coś przyrządzić. Ogólnie fajnie tam było. Kameralnie. Może 30 namiotów w sumie. Pod jednym wielkim, starym i rozległym drzewem. Pospacerowałem jeszcze po miasteczku i poszedłem spać.

rumunia8-700

13.08.2013
Słońce nie świeciło aż tak bardzo na mój namiot, przez co nie zostałem z niego wykurzony o względnie porannej godzinie. A to skutkowało rozpoczęciem łapania stopa koło południa. I na dobry początek dnia przez 1,5h nic nie mogłem złapać. Tyle dobrze, że co chwilę się ktoś przewijał i zagadywał. Miedzy innymi panie lekkich obyczajów, które miały swoje stanowisko 100m przede mną.
W końcu zgarnął mnie koleś BMką na wypasie i zawiózł do granicy. Tam ruchu prawie zero. Mało uczęszczane przejście graniczne. Jednak po kilkunastu minutach zostałem podwieziony do najbliższej wioski, w której spędziłem kolejna godzinę. Dzień wcześniej miałem zacny plan, żeby przejechać dzisiaj całą Bułgarię, a rzeczywistość jest taka, że słońce zaczęło już opalać moją lewą rękę, a ja nadal jestem kilka kilometrów za granicą z Rumunią. Zabrało mnie małżeństwo z mała córą, jadące na wakacje do Bułgarii. Ogólnie byli super podekscytowani moimi planami podróżniczymi. Podałem im moja stronę www, odpowiedziałem na pytania, zapozowałem do zdjęć, natomiast w zamian otrzymałem reklamówkę owoców, podwiezienie mnie 20km dalej w dogodne mi miejsce oraz super smaczny mix piwa z sokiem z winogron. Schłodzony w dodatku. Idealnie.
Jakaś godzinę później bylem już w mieście Varna, czyli w 1/3 drogi miedzy Rumunią a Turcją. Zacząłem się rozglądać za miejscem do rozbicia namiotu, bo godzina zachodu słońca była bliska. I wtedy zatrzymało się 2 kolesi jadących do Turcji. Yeah! Około północy przekroczyliśmy granicę, natomiast po pierwszej wysadzili mnie w Kirkareli. No i teraz kwestia namiotu. Otoczenie raczej industrialne i dwa CPNy po obu stronach jezdni. Poszedłem zbadać jeden z nich. Okazało się, że obok niego jest opuszczona restauracja z małym placykiem przed wejściem, który zarósł chwastami. Tam też położyłem karimatę, rozłożyłem śpiwór i walnąłem noc pod gwiazdami. Szczerze powiedziawszy, bardziej obawiałem się, że jakieś robaki mi wejdą w nocy do śpiwora, niż że jakiś człowiek zakłóci mój sen.

rumunia9-700

3 thoughts on “Rumunia – zapiski z dziennika

  1. AA
    25 September 2013 at 11:00

    piękne widoczki, zazdroszczę! :)

  2. Kuba
    11 December 2013 at 22:34

    To pierwsze zdjęcie, biegnącej drogi, to Twoje? Autorskie?

    1. Patryk
      12 December 2013 at 06:37

      Tak, wrzucam tylko swoje zdjęcia. Jeżeli czerpię z innego źródła to informuję o tym.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *