O tym jak postanowiłem jechać rowerem.

indie_roweremCzęść z czytelników pewnie wie, część może nie, ale w Indiach miałem tygodniowy epizod rowerowy. Pokonanie części trasy jednośladem, chodziło mi po głowie od dłuższego czasu. Jednym z założeń całej wyprawy było: ‘doświadczyć jak najwięcej’, a podróżowanie na dwóch kółkach, wydawało się ciekawą alternatywą, na którą chętnie przeznaczyłbym kilka, do kilkunastu dni.

Postanowiłem, że Bombaj opuszczę już na rowerze. Był drugi albo trzeci dzień stycznia, kiedy wybrałem się do centrum miasta w poszukiwaniu taniego jednośladu, który spełniałby moje oczekiwania. Chodziło przede wszystkim o możliwość w miarę komfortowego zamontowania wielkiego plecaka na bagażniku.
Miasta w Indiach lekko odbiegają swoim charakterem od europejskich, toteż na próżno było szukać sklepu rowerowego z przeszkloną witryną i zaprezentowanymi na sprzedaż modelami. Nie twierdzę, że takiego sklepu nie ma w ogóle, ale jego poszukiwanie, mogłoby zająć w Bombaju długie godziny. Z resztą moim założeniem było kupienie roweru używanego, dlatego musiałem znaleźć coś w rodzaju pchlego targu. Szczerze powiedziawszy, nie miałem pojęcia, gdzie takiego szukać.
Rozwiązanie mojego problemu pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie (jak wiele rzeczy w Indiach), ponieważ człowiek, obok którego usiadłem na ławce, stojącej wewnątrz małego zielonego skweru, okazał się być przewodnikiem znającym Bombaj, jak własną kieszeń.indie_rowerem Wymienił kilka lokacji, do których mógłbym się udać, ale najbardziej polecił mi ‘bombajski targ złodziei’. Nazwa brzmiała co najmniej intrygująco. Nie było to oczywiście oficjalne nazewnictwo, raczej coś w rodzaju potocznego określenia, używanego przez miejscowych, ponieważ właśnie tam szło się załatwiać szemrane interesy Bombaju. Zgodziłem się, żeby mój rozmówca zaprowadził mnie do tego miejsca i przy okazji pokazał kilka interesujących lokacji po drodze. Powiedział, że wszystko zrobi dla mnie za darmo, ale zdawałem sobie sprawę, że za jego usługi zapłacę w cenie roweru, o ile uda mi się go znaleźć i kupić (dokładniejszy opis tego procederu w nadchodzącym wpisie). Dojście do targu, zajęło nam około pół godziny. Sprawiał wrażenie wielkiego i dość zatłoczonego. Stragany rozstawione były między starymi budynkami. Na mijanych stolikach można było dostrzec szeroką gamę produktów i przedmiotów. Od części do silników i narzędzi, przez opakowania jednorazowe, po ubrania i tkaniny. indie_roweremMój przewodnik zaproponował, że pokaże mi miejsce, które funkcjonuje na granicy prawa. Chodziło o sklep z antykami. Chociaż antyki to może zbyt łagodne określenie. Na półkach tego sklepu stały przedmioty wyglądające na wykopane z ziemi przez archeologów, które liczyły sobie pewnie od kilkuset do kilku tysięcy lat. Odniosłem wrażenie, że wszystkie te rzeczy, dzięki sprawczej sile gotówki, trafiły właśnie tutaj, zamiast do właściwego im miejsca, jakim jest muzeum. indie_rowerem
Po tym małym zwiedzaniu, udaliśmy się do części targu, gdzie można było znaleźć rowery. Jeden z nich wydał się odpowiedni do moich potrzeb, dlatego po krótkiej próbie jazdy, zdecydowałem się go kupić. Podziękowałem mojemu towarzyszowi za pomoc i ruszyłem w drogę powrotną do miejsca, w którym aktualnie zamieszkiwałem. Jazda rowerem ulicami Bombaju w pierwszych minutach okazała się dość stresująca. Trąbienie z każdej strony, wpychanie się na siłę, motocykle i riksze przejeżdżające o centymetry od mojej kierownicy. Odnalezienie się w tym środowisku, wymagało niemałej koncentracji, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Ostatecznie bez szwanku dojechałem do celu.indie_rowerem
Dwa dni później, z przywiązanym na bagażniku plecakiem, przemieszczałem się już na południe, w stronę mojego celu, którym było, oddalone o niecałe 700 km, miasto Vasco da Gama w prowincji Goa.
Każdy dzień starałem się rozpoczynać zaraz po wschodzie słońca i kończyć z rozbitym namiotem na kilka chwil, nim zrobi się ciemno. Był to styczeń, więc dzień nie był, aż tak długi. Słońce wstawało około godziny 7 rano, a zachodziło kilka minut po 18.
Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej, na granicy irańsko-turkmeńskiej spotkałem Anglika, który od 6 miesięcy był w samotnej podróży rowerowej z Chin do Europy. Użył on wtedy słów: ‘Jadę już od 6 miesięcy, ale mam wrażenie, jakby to było 6 lat’. Wtedy puściłem te słowa mimo uszu, ale teraz, kiedy sam jechałem rowerem, przypomniałem sobie o nich i zrozumiałem, co ich autor miał na myśli. Samotna jazda rowerem zaburza postrzeganie czasu. Efekt ten w moim przypadku wystąpił już po kilku dniach. Miałem wrażenie, że jadę od dawna, a pobyt w Bombaju stał się dziwnie odległy. Każdy dzień jest do siebie bardzo podobny, dlatego zapomina się, ile ich tak naprawdę upłynęło. Pobudka, spakowanie gratów do plecaka, chwila jazdy, przerwa na śniadanie, kilka godzin jazdy, przerwa na obiad, kilka godzin jazdy, przerwa na kolację, a potem jeszcze kilka kilometrów, z równoczesnym rozglądaniem się za miejscem, do rozbicia namiotu. Kiedy takowe znalazłem, zatrzymywałem się, rozbijałem namiot, chwilę odpoczywałem, po czym odpływałem w sen. W którymś momencie uświadomiłem sobie, że jedyne słowa, które wypowiadam na głos w ciągu dnia, to zamawianie jedzenia i pytanie o drogę. Reszta to dialog wewnętrzny, prowadzony z samym sobą. Na ten ostatni miałem mnóstwo czasu. indie_rowerem
Jednym wyjątkiem od monotonii była, trwająca dwa dni, przeprawa przez pasmo górskie o nazwie Ghaty Zachodnie. Trasę zaplanowałem w taki sposób, aby odwiedzić najwyżej położoną miejscowość w tej części gór. Ich wysokość porównywalna jest do Tatr, jednak mało tam odsłoniętych skał. Powiedziałbym, że są to wysokie pagórki. O poranku trzeciego dnia jazdy stanąłem u ich podnóża. Zrobiłem poniższe zdjęcie na moście, który był ostatnim płaskim punktem, przed rozpoczynającym się właśnie, najdłuższym podjazdem pod górkę w moim życiu. Miejscowość docelowa, położona na szczycie jednego ze wzniesień, oddalona była o 40km.indie_rowerem

W Polsce pokonanie przeciętnej górki na przeciętnej wycieczce rowerowej, zajmuje powiedzmy 10 do 30 minut i bywa, że się człowiek przy tym bardzo zmęczy. Mnie pokonanie czterdziesto-kilometrowego podjazdu z plecakiem na bagażniku, zajęło lekko ponad 10 godzin. Był tylko jeden moment, trwający kilka minut, kiedy jechałem w dół. Przez cały pozostały czas trasa wiodła pod górę i zmieniał się tylko kąt nachylenia asfaltu. Czasem bardziej stromo, czasem mniej. Na zmianę pedałowałem i prowadziłem rower, ponieważ ciągła jazda daleko wykraczała poza moje możliwości kondycyjne. Do docelowej miejscowości Mahabaleshwar dojechałem już po zmroku. Przez ostatnie godziny wyjeżdżania, mój umysł przeszedł w stan dziwnego otępienia, a w głowie na przemian dudniły myśli: ‘ile jeszcze będzie tych zakrętów?’ i ‘to jest jakaś niekończąca się opowieść’. Jednak radość z dojechania do celu trochę zrekompensowała poniesiony wysiłek. Najlepsze miało nastąpić dopiero kolejnego poranka.indie_rowerem
Dzień nie zakończył się spokojnie, ponieważ bardzo ciężko było znaleźć miejsce do rozbicia namiotu. Jedyne co znalazłem, to coś, co przypominało opuszczoną działkę, na której widać było pozostałości boiska sportowego. Zakradłem się tam, rozbiłem namiot, przypiąłem rower łańcuchem do ogrodzenia, rozebrałem się ze spoconych ciuchów i wszedłem do namiotu. W nim odpakowałem pudełko pięknie wyglądających, kształtnych, czerwonych truskawek, które kupiłem kilka godzin wcześniej w przydrożnym sklepiku. Po drodze nazwałem je truskawkami zwycięstwa, ponieważ postanowiłem, że nie tknę ich, dopóki ten dzień nie dobiegnie końca. I kiedy byłem już o krok od zjedzenia ich, mocne białe światło przebiło się przez tropik namiotu. Było jasne, że ktoś mnie nakrył i idzie sprawdzić, co się dzieje. Nie oznaczało to jeszcze, że będę musiał się wynosić, liczyłem, że rozmową uda mi się coś wskórać. Niestety okazało się, że jestem na terenie jakiegoś szanującego się hotelu i strażnicy byli nieubłagani. Musiałem ponownie założyć mokre ciuchy, spakować cały swój dobytek i poszukać innego miejsca. Moje zmęczenie po całym dniu dochodziło do granic wytrzymałości, dlatego po pierwszym ataku złości, przyjąłem postawę obojętności i udałem się na dalsze poszukiwania miejsca do noclegu. Tym razem za cel obrałem pokój w jakimś hostelu i wygodne łóżko. Nie miałem już ochoty na spanie w namiocie, zwłaszcza, że zrobiło się bardzo zimno (miejscowość położona na wysokości około 1500 m.n.p.m.). W około pół godziny udało mi się wszystko załatwić, włącznie z wynegocjowaniem atrakcyjnej ceny za znaleziony pokój. Wewnątrz rozciągnąłem sznurki, na których rozwiesiłem wszystkie mokre rzeczy, po czym zabrałem się za konsumpcję truskawek zwycięstwa. indie_rowerem
Kolejny dzień przyniósł realizację małego marzenia. Kiedy jeszcze byłem dzieckiem, często jeździliśmy z kolegami na rowerach, w poszukiwaniu jak najdłuższych górek, z których potem zjeżdżaliśmy na sam dół. Zawsze chciałem znaleźć się na takiej, która ciągnęłaby się kilometrami, ale niestety w Polsce, w mojej okolicy aż takich długich nie było. Potem podrosłem i priorytety się zmieniły. Poszukiwanie najdłuższej górki do zjazdu zeszło na daleki, wręcz zapomniany plan. Dopiero w górach Indii, całkiem przypadkiem, stanąłem przed zjazdem, który zdecydowanie pasował do mojego dziecięcego wyobrażenia o najdłuższej górce.
Przez pierwsze 45 minut jazdy nie pedałowałem ani razu, a prędkość, z którą jechałem w dół, to około 40-50 km/h. Potem przez jeszcze około 2h jazdy, grawitacja wyraźnie mi pomagała. Trudy minionego dnia wydawały się teraz uzasadnione i warte swojej ceny. Ta drobna rzecz, jaką jest jazda z górki na rowerze, dawała mi tyle radości, że po zjechaniu na sam dół, czułem się śpiewająco. Z pozytywnym nastawieniem i ochotą na dalszą jazdę. indie_rowerem
Do Goa pozostało jeszcze jakieś 3 dni jazdy. W tym czasie moje morale zdążyły na tyle osłabnąć, że szóstego dnia, kiedy zatrzymał się obok mnie kierowca ciężarówki i sam z siebie zaproponował, żebym wrzucił rower na pakę, a on podwiezie mnie kilkadziesiąt kilometrów – nie odmówiłem.
Dzięki temu, w południe dnia siódmego wjechałem do Vasco da Gama, po pokonaniu lekko ponad 600 km rowerem oraz ciężarówkostopem około 60 km. indie_rowerem
Cieszę się, że zdecydowałem się na jazdę rowerem, ponieważ przekonałem się na własnej skórze, co to znaczy pokonywać setki kilometrów z użyciem tylko własnych mięśni. Oprócz wysiłku fizycznego jest to również wielki wysiłek psychiczny. Najlepszy trening cierpliwości. Dopiero teraz pomyślałem ponownie o wszystkich rowerzystach, których spotkałem we wcześniejszych krajach. Sebastian ze Szwajcarii, który wraz ze swoim przyjacielem od 1,5 roku przemierzali świat na rowerach z celem objechania globu dookoła. Parę rowerzystów w chińskim Kaszgarze, którzy zwiedzali całe Chiny jednośladami, oraz kilku innych. Uświadomiłem sobie jak nieprawdopodobnych wyczynów oni dokonują. Moje autostopowanie wydawało się przy tym bułką z masłem. Ponadto ten krótki epizod zweryfikował moje niecne plany na przyszłość związane z rowerem, jak na przykład podróż na dwóch kółkach do Santiago de Compostela lub objechanie Polski dookoła. Teraz 3 razy się zastanowię zanim przystąpię do takiego projektu. A jeżeli już, to na pewno nie zrobię tego sam!indie_rowerem

W Vasco byłem już umówiony z hostem z serwisu couchsurfing.org. Jednak zanim do niego pojechałem, zaparkowałem rower przy plaży, poprosiłem siedzącą obok parę o rzucenie na niego okiem, pod moją nieobecność, po czym pobiegłem przez szeroką plażę wprost do styczniowej, przyjemnie ciepłej wody Morza Arabskiego. Zanurzyłem całe ciało i w myślach pogratulowałem sobie osiągniętego celu.

indie_roweremindie_roweremindie_rowerem

Na koniec jeszcze krótki filmik, który nagrałem podczas zjeżdżania:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *