Indie północne – relacja z podróży cz.1

indie126 listopada to dzień, w którym przekroczyłem granicę Indii, największego demokratycznego państwa na świecie (jak to hindusi dumnie podkreślają). Formalności w budynku granicznym zajęły jakieś 20 minut. Wyszedłem na zewnątrz i od razu zaatakowali mnie rikszarze, oferujący podwózkę na przystanek autobusowy. Riksza to była dla mnie nowość. Ten popularny w Indiach środek transportu we wcześniej odwiedzonych krajach nie występował. Wcale nie potrzebowałem podwózki, jednak uznałem, że będzie to dobry wstęp do podróży po Indiach. Utargowałem cenę 1,5zł za około 2km jazdy.

indie1
Pierwsze miasto po indyjskiej stronie to Amritsar. Około 25 km od granicy. Z racji, że słońce chyliło się ku zachodowi, musiałem zdecydować, co robić. Rozbijać namiot przy granicy czy spróbować dostać się do Amritsaru, do tzw. Złotej Świątyni, o której miałem info, że udostępniają darmowy nocleg. Postanowiłem, że nie chce mi się łapać stopa, jednak tak się złożyło, że stop złapał mnie. Motostop dokładniej ujmując. Mężczyzna lekko po trzydziestce, dobrze znający angielski, zatrzymał się swoim motocyklem obok mnie i zapytał co ja właściwie tutaj robię i co mam zamiar robić. Wyjaśniłem mu. Zaoferował, że podrzuci mnie do Złotej Świątyni, z czego oczywiście skorzystałem. Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby coś zjeść, potem do cukierni na przekąskę po posiłku, potem na herbatę. Za wszystko płacił mój nowy znajomy, bo przecież jestem gościem w jego kraju, więc chce mnie odpowiednio ugościć, zwłaszcza, że to mój pierwszy dzień w Indiach.  Po miło spędzonym czasie odstawił mnie do umówionej Złotej Świątyni. indie1
Jest to najważniejsze miejsce wyznawców religii sikhizmu. Pozłacany budynek świątyni stoi na środku jeziora, natomiast jezioro otoczone jest przez różne inne, przynależące do kompleksu budynki, jak na przykład darmowa noclegownia dla pielgrzymów, w której wydzielone zostało kilka pomieszczeń, przeznaczonych specjalnie dla zagranicznych turystów. Tam też się udałem, by w końcu położyć się spać. indie1
Drugi dzień przyniósł miłe zaskoczenie. Jedzenie również jest za darmo. Wielka dwupiętrowa jadalnia serwuje posiłki 24/7, dziennie obsługując nawet 17 000 osób. Głównie pielgrzymi przybywający do świątyni oraz osoby ubogie mieszkające w Amritsarze. Przy wejściu do budynku od jednego człowieka otrzymałem talerz, od kolejnego miskę, a od trzeciego łyżkę. Czwarty pokierował mnie w stronę schodów, a kolejni do miejsca, w którym powinienem usiąść i czekać. Skoro tyle ludzi przychodzi tam zjeść, to faktycznie potrzebują takiej organizacji. Po chwili zaczęli krążyć mężczyźni z wiaderkami, nakładając każdemu porcję jedzenia. Po posiłku można było napić się herbaty w wyznaczonym do tego miejscu lub oddać naczynia do wielkiego ręcznego zmywaka i opuścić jadalnię. Serwowane jedzenie jest w stu procentach wegetariańskie i trzeba przyznać, że bardzo smaczne.indie1
Idea darmowego noclegu, darmowego jedzenia oraz ogólny braku ograniczeń związanych ze wstępem do Złotej Świątyni, wiąże się z filozofią sikhizmu. Zasada, że wszyscy ludzi są równi i powinni być traktowani tak samo, jest jedną z ważniejszych w tej religii. Dlatego niezależnie od pochodzenia, narodowości czy wyznawanej religii, każdy może przyjść do Złotej Świątyni i skorzystać z możliwości, jakie ona daje.
Poniżej filmik, pokazujący działanie tej stołówki bez stołów (spożywanie posiłku na ziemi to też nawiązanie do równości ludzi). Wszystkie pracujące tam osoby to wolontariusze. Nie trzeba przechodzić żadnych rekrutacji. Wystarczy wejść i zacząć pomagać.


Kolejnego dnia udałem się w miejsce, które zalicza się do indyjskich ‘trzeba zobaczyć’. Chodzi o ceremonię zamknięcia bram na granicy Wagah. Tej samej, którą wkroczyłem 2 dni temu do Indii, ale wtedy spóźniłem się na całe przedstawienie. Jest to o tyle ciekawe, co dziwne wydarzenie. Z codziennego zamykania granicy robi się tam wielką imprezę. Zarówno po pakistańskiej, jak i indyjskiej stronie. Jednak Hindusi mają większy rozmach.  Przed zachodem słońca zjeżdżają się autokary i taksówki dowożące tłumy kibiców, a potem zaczyna się:


W Amritsarze spędziłem 3 dni, po których uznałem, że czas kontynuować. Następnym celem była mała górska wioska McLeon Ganj, do której przybywa i osiedla się większość tybetańskich uchodźców w Indiach. Dystans do niej to zaledwie 200 km, a potrzebowałem aż trzech dni, żeby dojechać tam autostopem, czyli dość powoli to szło (wpis o autostopowoaniu w Indiach jeszcze się pojawi, dlatego oszczędzę szczegółów póki co).
Pierwszy dzień tej przeprawy zakończyłem kilka kilometrów przed miastem o nazwie Pathankot. Kierowca ciężarówki wysadził mnie tam już po zmroku, czyli oznaczało to konieczność szukania miejsca do rozbicia namiotu po ciemku. Nie lubię tego robić, ponieważ, po pierwsze ciężko jest wypatrzyć dobre miejsce, a po drugie, jak się już je wypatrzy, to trudno ocenić, czy faktycznie jest ono wystarczająco dobre. Tym razem zszedłem na jakąś łąkę obok prywatnego szpitala. Nie mogłem dostrzec, co jest w dalszym otoczeniu tej łąki, jednak trawnik był na niej prawie idealny, dlatego postanowiłem, że zostaję. Wbrew pozorom znalezienie odpowiedniego trawnika, wcale nie jest takie łatwe, a jest to kwestia kluczowa przy wybieraniu miejsca do rozbicia namiotu (łatwość wbijania śledzi i komfort podczas snu).indie1
Rano, kiedy pakowałem swoje rzeczy, zawisło na mnie kilka zainteresowanych spojrzeń ze szpitalnego podwórka. I nie byli to bynajmniej pacjenci oddziału psychiatrycznego. Raczej konserwator, oraz kilku innych gości, którzy siedzieli w przyległej do szpitala kanciapie. Jak się ktoś na mnie gapi, to mam w zwyczaju reagować. Na ulicy macham ręką, puszczam oczko, uśmiecham się lub jakakolwiek inna ekspresja, która ma na celu wybicie gapiącego z gapienia się. Do tych gości ze szpitala pomachałem i zawołałem ‘hello’. Wywiązała się między nami łamana rozmowa, w której zapytali mnie czy jadłem już śniadanie. Z racji tego, że nie jadłem, zaprosili mnie do pracowniczej kantyny, w której otrzymałem śniadanie i herbatę. Po zjedzeniu podziękowałem i ruszyłem w stronę miasta.
Większość czasu tego oraz kolejnego dnia minęło na staniu przy drodze i czekaniu na okazję. Nie udało się złapać nic na dłuższy dystans. Wszystkie podwózki po kilka, kilkanaście kilometrów. W tym traktor, który wiózł mnie dobre 10km. Pod wieczór znalazłem się we wiosce, poprzedzającej mój cel. Udałem się na pobliski most, żeby uchwycić na zdjęciu zachód słońca.indie1 Podczas fotografowania, podszedł do mnie starszy facet i zaczął zadawać pytania. Skąd jesteś, jak masz na imię, dokąd jedziesz. Podszedłem do tej rozmowy z dystansem, odpowiadając trochę od niechcenia, ponieważ te same pytania codziennie słyszę od dziesiątek ludzi. Byłem zmęczony po całym dniu, więc zwyczajnie nie chciało mi się po raz kolejny udzielać tych samych odpowiedzi. Jednak z racji tego, że mężczyzna dobrze znał angielski (co już nie zdarza się tak często wśród zadawaczy pytań), kontynuowaliśmy rozmowę. I dobrze, bo Rajiv (tak miał na imię), w końcu zaoferował mi, żebym spędził noc u niego w domu. Było mi to bardzo na rękę, ponieważ w przeciwnym razie spałbym w namiocie trzecią noc z rzędu, a w tym czasie nie miałem możliwości wziąć prysznica. Wsiadłem na tylne siedzenie motocykla i pojechaliśmy do oddalonego o 5 minut drogi miejsca zamieszkania Rajiva. Dom okazał się być całkiem ładny, z pomalowanymi na biało ścianami i wielkim ogródkiem od strony ulicy. W środku czekała żona Rajiva oraz jego kilkuletnia córka.
Zostawiłem plecak w pokoju, który został mi tymczasowo przydzielony, wykąpałem się, zjedliśmy kolację, po czym Rajiv powiedział, że jedziemy do jednego z jego krewnych, napić się whisky. Choć byłem zmęczony, nie odmówiłem. Stosuję zasadę ‘yes man’ (człowiek na tak). Dzięki temu, zamiast siedzieć i odpoczywać (tracąc czas tak naprawdę), spróbuję więcej nowych potraw, zobaczę więcej miejsc, poznam więcej nowych ludzi. Korzystnie na tym wychodzę.indie1
Do mieszkania Rajiva wróciliśmy około północy i od razu położyłem się spać. Rano zjadłem śniadanie, podziękowałem za gościnność i ruszyłem w dalszą drogę. McLeon Ganj (potocznie zwany Dharamshalą), to mała wioska, którą odwiedza masa białych turystów. Z tego względu ulice obstawione są straganami ze wszelakiej maści chińską tandetą. Z jednej strony tybetańskie organizacje nawołują do bojkotowania Chin i chińskich produktów, z drugiej handel tymi produktami przynosi niemały zysk wiosce, w której owe organizacje urzędują. Ogólnie rzecz ujmując, jeżeli ktoś chce poczuć prawdziwy klimat kultury tybetańskiej, to go tam raczej nie znajdzie. Ot, resort turystyczny. Czasem po ulicy przechadzają się mnisi, przywdziani w bordowe szaty, ale moim zdaniem to nie wystarcza. Dla zainteresowanych szukaniem wspomnianej kultury w stanie prawie nienaruszonym odsyłam do hasła ‘Laddakh’.indie1indie1

Oraz kilka zdjęć uzupełniajacych:

indie1indie1indie1indie1indie1indie1indie1indie1indie1indie1

Link do części drugiej wpisu: KLIK

One thought on “Indie północne – relacja z podróży cz.1

  1. Marcin
    2 November 2014 at 16:01

    Część wpisu o darmowym spaniu i jedzeniu, a potem filmik, który to pokazuje – po prostu niesamowite! Nigdy o tym nie słyszałem…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *