Chiny dziś

chiny_foto

Od momentu przekroczenia granicy, nieustannie towarzyszyła mi myśl: ‘to jest jeden wielki plac budowy’. A trzeba zauważyć, że przemieszczałem się przez zachodnią część Chin, która w porównaniu do reszty kraju jest bardzo słabo zaludniona i raczej nie panują tam sprzyjające życiu warunki klimatyczne. Około 140 kilometrów po przekroczeniu granicy Kirgisko-Chińskiej, moim oczom ukazało się pierwsze prowincjonalne miasteczko o nazwie Ulugqat (ciekawostka: przyzwyczajeni jesteśmy, że przy przekraczaniu granicy posterunki graniczne obu państw są obok siebie. Na wspomnianej wyżej granicy miejsca, w których otrzymuje się pieczątki, oddalone są od siebie o 140km właśnie). A wraz z miasteczkiem, las dźwigów. Wszędzie powstają nowe budynki. Trzeba przyznać, że Chińczycy pomyśleli, ponieważ najpierw stworzyli ulice pod przyszłą rozbudowę miasta. Zatem kiedy znalazłem się w tym miejscu, krajobraz wyglądał następująco: wokół centrum wyrastały nowe bloki i biurowce, natomiast cała reszta to spalona słońcem gleba, rzadko porośnięta pustynnymi krzakami, na której wybudowano rozległą siatkę ulic i niektóre z nich obsadzono młodymi drzewkami. Na skrzyżowaniach zmieniają się kolory sygnalizacji świetlnej, ale przypomina to post-apokaliptyczny krajobraz, ponieważ po ulicach nic nie jeździ. Bo niby dokąd ludzie mieliby dojeżdżać? Miasto dopiero powstanie ;).

chiny_fotoOd wspomnianego miasteczka Ulugqat do Kaszgaru budowana jest właśnie autostrada. Szedłem nią piechotą około dziesięć kilometrów i po drodze napotkałem niezliczoną ilość robotników. Co zaskakujące, przeważały kobiety. Przykładowo 30 osobowa grupa kobiet i mężczyzn, zaopatrzona tylko w łopaty i kilofy, energicznie rozkopywała pobocze. Dwa kilometry dalej podobna grupa, z takimi samymi narzędziami, zajmowała się poszerzaniem kanału. Zza tych obrazków jasno przemawiało: nie masz pracy? Państwo coś ci znajdzie. Pewnie w zamian za pieniądze wystarczające tylko na podtrzymanie egzystencji, ale ostatecznie zawsze to jakieś pieniądze, za które można nakarmić dzieci.

chiny_fotoW innych prowincjonalnych miasteczkach, które odwiedziłem, sytuacja wygląda podobnie. Zaciekawiły mnie spotkane kilka razy, przebudowane wsie. Stare chatki z kamienia i gliny zostały zastąpione prostymi, lecz wyglądającymi na solidne, żółtymi lub pomarańczowymi domami. Każdy dysponował małą zagrodą, a od strony ulicy stała latarnia zasilana światłem słonecznym. Wsie te należały do Ujgurów, Tadżyków, Kirgizów, czyli narodów, które po części lub w całości znalazły się w granicach państwa chińskiego (więcej o Ujgurach TUTAJ). Oczywistym jest, że żywią oni niechęć do okupanta. Jednak wydaje się, że rząd chiński skutecznie przezwycięża tę niechęć, wkupując się w łaski. W końcu jak tu nie lubić kogoś, kto twoją starą i prymitywną lepiankę zamienia w nowy dom i to pewnie wszystko za darmo.

chiny_fotoJa w Chinach pokonałem tylko 600km, w najbardziej na zachód wysuniętej prowincji. Nierozważnym byłoby po tak skromnym dystansie, wydawać opinie na temat całych Chin. Jednak na szczęście, poznałem w Kaszgarze kilka osób, które spędziły o wiele więcej czasu w państwie środka i podzieliły się swoimi spostrzeżeniami. Jeżeli chodzi o boom budowlany, w każdej prowincji wygląda tak samo. Pewien Francuz imieniem Charlie, zwrócił moją uwagę na jeden aspekt, który przeoczyłem lub po prostu nie miałem możliwości zaobserwować. Zdaniem wstępu dodam, że każdy naród na świecie ma jakiś zbiór cech wspólnych, które w danym czasie bardziej się uwydatniają. I nie mam tutaj na myśli stereotypów. Wtedy o Polakach trzeba by powiedzieć, że są złodziejami, co w istocie nie jest prawdą. Prawdziwą i łatwą do zaobserwowania cechą naszego narodu jest na przykład narzekanie. Tyle słowem wstępu. Wracając do Chińczyków, mają oni jako naród pewną skłonność, która w ostatnich latach bardzo się wzmocniła. A mam na myśli usilne pretendowanie do bycia “zachodnimi”.

chiny_fotoPatrzą na zachód i wspólnymi siłami próbują go stworzyć u siebie. Wielkie centra handlowe na każdym kroku z luksusowymi markami można pominąć, ponieważ trend ten jest ogólnoświatowy. Jednak reklamy, w których występują biali aktorzy, wydają się być w Chinach trochę nie na miejscu. Biali to nawet mało powiedziane. W jednym supermarkecie na ścianie wisiało kilka reklam i na każdej z nich uśmiechający się ludzie, byli żywcem wyjęci ze Skandynawii. Niebieskoocy blondyni. Skoro prowadzi się takie kampanie reklamowe to znaczy, że muszą one działać. Dla Chińczyków coś, co pochodzi z zachodu, co wyszło z rąk białego człowieka, oznacza lepsze, fajniejsze, bardziej modne. Z tej samej przyczyny biali mężczyźni w Chinach cieszą się ogromnym powodzeniem wśród Chinek. Zwłaszcza w większych miastach. Pokazać się na jakimś oficjalnym przyjęciu czy zabawie w towarzystwie białego mężczyzny, to dla Chinki wręcz awans społeczny. Kobiety marzą o facecie z brodą, wpędzając tym samym Chińczyków w kompleksy. Ponieważ ci, za sprawą uwarunkowań genetycznych, brody niestety nie mają. Co najwyżej kilka skromnych włosków.

chiny_fotoNa koniec dodam jeszcze historię, która przydarzyła mi się ostatniego dnia pobytu w państwie środka. Historia ta dość dobitnie obrazuje stan wolności osobistej w Chinach. Dotarłem do miasta o nazwie Taszkurgan, w którym znajdował się budynek graniczny ChRL. Zjawiłem się tam po południu, więc posterunek był już nieczynny. Polecono mi wrócić następnego dnia rano. Po drodze do centrum spotkałem Jima i Michaela. Pierwszy jest Australijczykiem, drugi Niemcem. Poznałem ich już wcześniej, w Kaszgarze. Dowiedziałem się od nich, że od pojutrza granica będzie zamknięta na okres 10 dni z powodu jakiegoś święta narodowego. Ucieszyłem się, że zdążyliśmy na ostatnią chwilę. Utknięcie dodatkowe 10 dni w Chinach byłoby, delikatnie mówiąc, nie na rękę.

chiny_foto

Spotkaliśmy się ponownie rano, jeszcze przed otwarciem granicy. Oprócz nas pojawił się autokar z tajlandzkimi turystami oraz dwóch Pakistańczyków. Zaczęły chodzić głosy, że chyba jednak zamkną granicę od dzisiaj, co oznaczałoby utknięcie. Tak w rzeczy samej się stało. Zapanowała lekka konsternacja. Przewodnik tajlandzkiej grupy udał się do budynku granicznego, celem podjęcia negocjacji. O ile indywidualny turysta może ostatecznie pozwolić sobie na drastyczną zmianę planów, tak zorganizowana grupa, która ma zarezerwowane bilety lotnicze na określoną datę, nie może zrobić 10 dniowej przerwy. Wynik negocjacji: trzeba zapłacić 1000 dolarów łapówki. Z racji braku innych możliwości, grupa zrobiła zrzutkę i ich autokar wjechał na teren odprawy. Pozostałem ja, dwóch obcokrajowców i dwóch Pakistańczyków. My języka chińskiego nie znaliśmy, więc rolę przywódcy naszej pięcioosobowej grupy objął jeden z Pakistańczyków. Jego potyczki słowne, ze stacjonującymi na granicy żołnierzami, trwały dobrą godzinę. W tym czasie kilkukrotnie usłyszeliśmy, że nie ma szans, żeby granicę przekroczyć i mamy się wynosić z terenu granicznego. Wrzeszczano na nas, jednak solidarnie staliśmy przed wejściem, licząc na cud. Ostatecznie w drzwiach pojawił się (sądząc po mundurze) głównodowodzący placówki. Nasz Pakistańczyk podjął z nim, pełną emocji, dyskusję. Po kilku minutach lekko wkurzony Chińczyk wskazał na nas (pozostałą czwórkę) palcem i wykonał gest zapraszający do środka. Walczącemu w naszym imieniu Pakistańczykowi oznajmił, że dziś granicy nie przekroczy. Zaskoczył mnie taki obrót sprawy, ale z racji nadarzającej się okazji, szybko podniosłem plecak i przeszedłem przez drzwi. W środku uświadomiłem sobie, że właśnie byłem świadkiem sytuacji, która w Chinach pewnie nie należy do rzadkości. Mundurowy ma nad obywatelem pełną władzę. Chiński żołnierz się wkurzył i postanowił dopiec Pakistańczykowi poprzez zatrzymanie jego, a przepuszczenie nas. I biedny facet nic z tym nie mógł zrobić. Chiny to nie jest kraj w którym można walczyć o swoje prawa.

chiny_foto
Sprawdzanie paszportów trwało bardzo długo. Byliśmy otoczeni przez chińskich żołnierzy, na twarzach których wydawały nie rysować się żadne emocje. Jakby byli ich całkowicie pozbawieni. Powietrze zdawało się być przez to dwukrotnie cięższe. Ostatecznie zostaliśmy umieszczeni w autokarze z tajlandzkimi turystami i ruszyliśmy w kierunku Pakistanu. Po przekroczeniu granicy w autobusie zapanowała wielka euforia. Co najmniej jak bylibyśmy zbiegami, szczęśliwie opuszczającymi prześladujący nas kraj.

chiny_foto
Powyżej zdjęcie z granicy Chińsko-Pakistańskiej. Jest to przełęcz o nazwie Khunjerab, znajdująca się na wysokości 4 693 m.n.p.m. To prawie dwa razy wyżej niż najwyższy szyt Polski, ale dla chińskiej myśli technicznej nawet to nie było przeszkodą. Przez przełęcz poprowadzona jest gładka jak stół droga asfaltowa. Najwyżej położone na świecie przejście graniczne o utwardzonej nawierzchni.

chiny_foto

chiny_foto

chiny_foto

chiny_foto

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *