24 godziny koczownika

kirgistan_foto

W tym wpisie nie będzie praktycznych informacji. Będzie za to niepraktyczna relacja z jednego dnia spędzonego w górach Kirgistanu.

Późnym rankiem, kiedy stałem przy drodze, w jednej z małych kirgiskich miejscowości, zatrzymał się koło mnie samochód z trzema młodymi chłopakami w środku. Jechali dokładnie tam gdzie ja, czyli do granicy kirgisku-chińskiej. Wsiadłem do środka.
Po kilkudziesięciu kilometrach droga zaczęła piąć się w górę, fundując przy tym niezliczoną ilość zakrętów. Rekompensatą były odsłaniające się, coraz wyższe szczyty pasma zwanego Alay-Kirkasi. W najwyższym punkcie droga osiągnęła 3615 m.n.p.m. Mimo tego, że jest końcówka lata, śnieg zalegał na poboczu i drodze. Zjeżdżając, bardzo szybko dojechaliśmy do małej wioski, która znajdowała się wystarczająco wysoko, żeby na dachach nadal zalegał śnieg z wczorajszego załamania pogody. Jej nazwa to Sary-Tash. Podobno jest największą osadą w promieniu dziesiątek kilometrów. Opuszczając miasteczko pozostaje się sam na sam z wielką, ciągnącą się setki kilometrów, płaską doliną. Z jednej strony okalają ją czterotysięczne szczyty przebytego przez nas pasma górskiego, a z drugiej sześcio i siedmiotysięczne wierzchołki Pamiru. Dwukrotnie prosiłem kierowcę, żeby się zatrzymał. Chciałem w spokoju spojrzeć na to najpiękniejsze miejsce, jakie do tej pory odwiedziłem i przy okazji zrobić kilka zdjęć. Skończyły się zakręty i wjechaliśmy na drogę poprowadzoną jak od linijki.

kirgistan_foto

Cały czas przyklejony do szyby zauważyłem w oddali jurty kirgiskich koczowników. Przeszło mi przez myśl, że chciałbym ich odwiedzić. Pojawiło się uczucie, które dobrze znam z autostopowania. Czasem przejeżdża się przez miejsce w którym chciałoby się zostać dłużej. Jednak samochód pędzi przed siebie, szkoda wysiadać, jak się już złapało podwózkę i ostatecznie wyjątkowe miejsce zostaje daleko w tyle.
Tym razem postanowiłem zaryzykować i trzeci raz poprosiłem kierowcę, żeby zatrzymał samochód. Szybko objaśniłem, że chcę udać się do jurt, wskazując palcem na widoczne w oddali białe plamki. Kierowca spełnił moje życzenie i chłopaki ruszyli w dalszą drogę, zostawiając mnie pośrodku niczego. Kiedy samochód oddalił się, zapanowała idealna cisza. Dzień był bezwietrzny, a na drodze ruchu prawie nie było. Idealne warunki do podziwiania ośnieżonych szczytów, ciągnących się wzdłuż doliny.
Założyłem na siebie kurtkę, ponieważ temperatura była dość niska, i ruszyłem w kierunku pierwszej jurty, losowo wybranej spośród czterech, będących w zasięgu mojego wzroku. Po około 15 minutach doszedłem na miejsce, a tam spotkałem starszą panią, nie znającą języka rosyjskiego. Wskazała ona na inną jurtę i pokazała, żebym do niej szedł. Tak też zrobiłem. Przy drugiej jurcie zamieszanie panowało większe. Około osiem osób zajmowało się swoimi obowiązkami. Przedstawiłem się, powiedziałem skąd jestem oraz co tutaj robię, po czym zostałem zaproszony do małego namiotu na herbatę. W środku siedział starszy mężczyzna, który wypełniał moją filiżankę herbatą za każdym razem, kiedy zbliżałem się do końca. Zostałem poczęstowany kilkoma przekąskami oraz kirgiskim specjałem, czyli sfermentowanym końskim mlekiem. Sprawia wrażenie, jakby było sztucznie gazowane. Średnio mi smakowało, dlatego po jednej szklance podziękowałem. Wyjąłem z plecaka orzeszki ziemne, które kupiłem dzień wcześniej na bazarze w Osz i na ich konsumpcji minęło następne 15 minut. W tym czasie wszyscy obecni wcześniej przy jurcie ludzie gdzieś się ulotnili i ostatecznie starszy mężczyzna również oznajmił, że będzie odchodził. Z tego względu pożegnałem się i ruszyłem w kierunku jurt, znajdujących się po przeciwnej stronie drogi.
Dolina znajduje się na tyle wysoko, że nie ma w niej żadnej roślinności, poza trawą. Zostałem, więc dostrzeżony na długo, zanim dotarłem do trzeciej jurty. Będąc wystarczająco blisko, podniosłem do góry prawą rękę w geście powitania. Stojący przy małej ciężarówce mężczyzna odpowiedział tym samym.
Podchodząc jeszcze bliżej zauważyłem, że samochód spełnia rolę objazdowego sklepu, dostarczającego najważniejsze produkty do koczujących w dolinie ludzi. Stały tam jeszcze dwie kobiety. Wywiązała się rozmowa, w której powiedziałem kilka słów o sobie. Mężczyzna zapytał, gdzie mam zamiar spać. Wskazałem na plecak i podsumowałem słowem ‘pałatka’, co po rosyjsku oznacza ‘namiot’. W odpowiedzi usłyszałem, że ‘w jurcie jest wystarczająco miejsca’. Spytałem, czy to na pewno nie będzie problem i usłyszawszy przeczącą odpowiedź, ruszyłem za moim rozmówcą w kierunku jurty. Przekraczając drzwi, poczułem uderzenie przyjemnego, ciepłego powietrza z wewnątrz. Źródłem był mały metalowy piecyk, ustawiony na środku okrągłego pomieszczenia. Zdjąłem sandały i usiadłem na materacu leżącym na filcowym dywanie. Jedna z kobiet rozłożyła chustę, w której był zawinięty chleb. Rozstawiła naczynia i podała nam masło, herbatę oraz zupę, która smakowała podobnie do pomidorówki. Udało mi się trafić bezpośrednio na obiad.
Spytałem, ile osób mieszka w jurcie. Mężczyzna odpowiedział mi, że dwie. On i jego żona. Druga kobieta, która zjadła z nami obiad, to sąsiadka.
Przedstawiliśmy się sobie z imienia. Rsbaj i Fatima. Rsbaj wyglądał na człowieka około siedemdziesięcioletniego. Z długą, rozczesaną brodą. Twarz miał pomarszczoną i wyglądającą na zmęczoną. Jednak większość czasu towarzyszył mu lekki uśmiech, który znacząco poprawiał odbiór jego osoby. Ogoloną głowę przykrywał futrzaną czapką, której nie zdejmował nawet w jurcie. Zdejmował za to skórzane buty i masywną zimową kurtkę w kolorach moro. Jego żona, kobieta wyraźnie drobniejszej postury, twarz miała gładszą i z wyraźniejszym wpływem azjatyckiej urody. Jej oczy jakby rozciągały się wszerz twarzy. Włosy miała schowane pod zawiązaną na głowie chustą. Ubrana w sięgającą ziemi podomkę, którą docieplała bezrękawnikiem.
Po zjedzeniu obiadu, położyłem się na dywanie i pokazałem Rsbajowi zdjęcia z poprzednich dni mojej wyprawy, pytając przy okazji o niektóre aspekty dotyczące budowy jurty. Drewniana konstrukcja jest połączona bez użycia gwoździ. Zastąpiły je małe skórzane kliny. Wierzchnia warstwa, to płaty skóry i ubitej sierści z owiec. Podczas poobiedniego odpoczynku rozmawiałem tylko z Rsbajem, ponieważ jego żona nie znała języka rosyjskiego.

kirgistan_foto

Po około godzinie, przyszedł czas opuszczenia jurty i rozpoczęcia pracy. Jedyne obuwie jakim dysponowałem to sandały, które nie dawały żadnej ochrony przed zimnem panującym na tej wysokości. Rsbay wyciągnął ze skrzyni swoje nieużywane, ocieplane buty, które jak ulał, pasowały na moją stopę. Wyszliśmy z jurty i momentalnie dał się odczuć przenikliwy chłód. Rsbay zaczął zakładać dodatkowe ocieplenie na konia, przywiązanego do wystającego z ziemi kawałka drewna. Ja w tym czasie zająłem się robieniem zdjęć górom, oświetlonym przez popołudniowe, chylące się ku zachodowi słońce. Kiedy Rsbay skończył, ruszyliśmy przez wielką równinę, w kierunku zachodnim, prowadząc za sobą konia. Gdzieś tam powinno być zagłębienie terenu, w którym aktualnie pasą się owce.

kirgistan_foto

Przeszliśmy około kilometra i mój towarzysz wbił do ziemi kawałek patyka, do którego przywiązał konia. Dało się zauważyć, że wkroczyliśmy na teren, gdzie trawa była o kilka centymetrów wyższa. Od jurty, aż do tego momentu, była równo przystrzyżona. Rsbay wyjaśnił, że przez cały sezon, kiedy koczują w dolinie, owce zjadają większość dostępnej trawy. Na wiosnę ona odrasta i cykl się powtarza.
Ruszyliśmy dalej w kierunku stada owiec. Jedna z 480 jest ślepa i najprawdopodobniej się zgubiła. Wbrew pozorom, doprowadzenie całego stada do zguby jest łatwiejsze, niż odwrotnie. Stadem łatwo można kierować. Rsbay dojrzał osamotnioną owcę na zboczu pobliskiego wzgórza. Zaczęliśmy więc powoli przemieszczać się w tym kierunku. Kiedy niewidoma owca dołączyła do stada, wyszliśmy na szczyt wspomnianego wzgórza. Usiedliśmy za skałami, chroniąc się przed wiatrem, który późno popołudniową porą znacząco przybrał na sile. Z miejsca tego rozciągał się widok na całą dolinę. Zachodzące słońce oświetlało blado-pomarańczowym światłem ośnieżone szczyty i sprawiało, że trawa w dole wydawała się być jeszcze bardziej żółta.

kirgistan_foto
Spędziliśmy w tym miejscu dłuższą chwilę. Dowiedziałem się, że Rsbay jest młodszy, niż początkowo oceniałem. Ma 62 lata i czwórkę dzieci. W czasie zimy mieszka w niżej położonej wsi, natomiast w każde lato, przeprowadza się ze swoją żoną do jurty. Powiedział mi, żebym przyjechał tutaj siódmego miesiąca 2014 roku. Wtedy ma być znacznie cieplej. Znajdę go bez problemu, ponieważ co roku rozkładają jurtę w tym samym miejscu. Powiedział też, żebym zabrał ze sobą swoją mamę, skoro lubi ona góry. Słońce powoli chowało się za horyzontem, dlatego wstaliśmy i skierowaliśmy krok w kierunku jurty.

kirgistan_foto

Tam czekał już rozgrzany piecyk, gorąca herbata i kolacja. Po posiłku Fatima zaświeciła lampę oliwną i zaczęła przygotowywać miejsca do spania. Kilka warstw materacy. Na to ciężka kołdra, a na nią jeszcze cięższe, gęste futro z owcy. Patrząc na to posłanie, można było przewidzieć, że w nocy będzie ciepło, niezależnie od temperatury na zewnątrz.
Przed pójściem spać, ja i Rsbay poszliśmy jeszcze zamknąć owce do zagrody. Kiedy robi się ciemno, zwierzęta te same przechodzą obok zagrody, tak że wystarczy je policzyć i można wracać do ciepłej jurty. Około godziny po zachodzie słońca położyliśmy się spać. W nocy przebudzałem się kilkukrotnie. Dopiero rano uświadomiłem sobie, że najprawdopodobniej było do spowodowane chorobą wysokościową. Dolina znajduje się na wysokości około 3000 m.n.p.m, więc powietrze jest wystarczająco rozrzedzone, żeby negatywnie wpłynąć na jakość snu. Kiedy przebudziłem się o 4 nad ranem, było najzimniej. Żar w piecyku już dawno zgasnął. Myślę, że wewnątrz jurty panowała ujemna temperatura. W tym momencie zrozumiałem, dlaczego tyle warstw, ocieplających posłanie, było potrzebnych.
Rano trochę zwlekałem z wyjściem spod kołdry, a mimo to i tak uwinąłem się przed wschodem słońca. Na zewnątrz wszystko było oszronione, włącznie ze zwierzętami. Otrzymałem kolejny element ubioru czyli wielki i ciepły płaszcz z owczej skóry.

kirgistan_foto

Po porannej toalecie zjedliśmy śniadanie i odczekałem około godziny do czasu, aż zacząłem słyszeć pierwsze ciężarówki mknące asfaltową drogą w stronę granicy. Zostawiłem Rsbajowi i Fatimie pocztówkę z widokiem na Chrzanowski rynek. Rsbay spytał, co on powinien mi wręczyć. Odparłem, że dał mi dobrze zjeść i wyspać się, więc to w zupełności wystarczy. Pożegnałem się, zaznaczając, iż niewykluczonym jest, że wpadnę za rok. W 10 minut dotarłem do drogi i po następnych 20 minutach siedziałem już w ciężarówce jadącej do przejścia granicznego.
Tak właśnie minęły mi tytułowe 24 godziny z kirgiskimi koczownikami. Cieszę się, że w tej krótkiej chwili w samochodzie, dzień wcześniej, zdecydowałem się wysiąść, ponieważ zaowocowało to jednym z najlepszych i najciekawszych doświadczeń podczas tej podróży. W przyszłości będę pamiętał, że jeżeli ‘to coś’ mi mówi: ‘zostań tutaj dłużej’, to mam się słuchać.

kirgistan_foto

kirgistan_foto

kirgistan_foto

kirgistan_foto

kirgistan_foto

kirgistan_foto

kirgistan_foto

kirgistan_foto

Jeszcze ciekawostka na koniec:

Przed przyjechaniem do Kirgistanu, zastanawiałem się, co właściwie przedstawia symbol na ich fladze. Czy to jakiś znak religijny czy znak narodowy. Nie było to dla mnie aż tak istotne, więc nie postarałem się o znalezienie odpowiedzi. Tak się złożyło, że podczas poobiedniego odpoczynku w jurcie, odpowiedź przyszła do mnie sama. Spójrzcie na dwa poniższe zdjęcia:

kirgistan_foto

kirgistan_foto

Widać podobieństwo? Powyższe zdjęcie to zwieńczenie dachu jurty z dwoma świetlikami, doprowadzającymi światło do środka. Kirgizi w swojej fladze nawiązują do koczowniczego charakteru narodu.

9 thoughts on “24 godziny koczownika

  1. renata
    24 September 2013 at 22:35

    w kożuszku wyglądasz zarąbiście

  2. Aga
    25 September 2013 at 12:03

    Rewelacyjne zdjęcia no a kożuch wymiata :D

  3. Tomf
    26 September 2013 at 11:11

    Gratuluje bardzo dobrego bloga – jestem czytelnikiem od początku i WSZYSTKIE posty bardzo mi się podobają. Fajnie by było gdyby były częściej publikowane. Ale rozumiem, że jest z tym trochę pracy. Niemniej jednak bardzo mnie cieszy gdy widzę nowe. Gratuluje jeszcze raz i życzę wszystkiego dobrego.

    1. Patryk
      27 September 2013 at 18:14

      Dziękuję bardzo za dobre słowo. Motywuje mnie każdy zadowolony czytelnik! Robię co mogę, żeby nowe wpisy pojawiały się w miarę regularnie ;)

  4. Jamro
    27 September 2013 at 23:04

    Super przygoda :D Podziwiam Cię za odwagę, czytam na bieżąco Twojego bloga chociaż nigdy jeszcze nie napisałem Ci żadnego komentarza :D Życzę powodzenia w dalej podróży :)

  5. M@rco
    30 September 2013 at 10:34

    Fajny tekst, zdjęcia rewelacyjne – widok gór na horyzoncie zapiera dech, szczęka mi opadła jak usłyszałem że pojechałeś. Czekam na następny wpis, ciekawy jestem Chin. Super byłoby gdybyś zorganizował jakieś spotkanie po powrocie żeby poopowiadać i pokazać zdjęcia.
    Mała prośba – jeśli możesz opisuj zdjęcia co przedstawiają.

  6. Tomasz
    2 October 2013 at 11:51

    Twoja przygoda pokazuje, że życie można przeżyć na tysiąc sposobów, a to co nas ogranicza to jedynie wyobraźnia. Tam gdzie wyobraźnia się zaczyna, niemożliwe przestaje mieć racje bytu. Piękna sprawa, kiedy ta wyobraźnia się urzeczywistnia i staje naszym życiem. Szczęścia w dalszej drodzę :)

  7. Ula z Chicago
    22 October 2013 at 04:28

    Jestem pod duzym wrazeniem to co przeczytlam i te zdjecia ktore zobaczylam.Super przygoda Brawa za odwage Fajne teksty Super zdjecia Marzenia moga sie spelnic tylko musimy starac sie je realizowac A ciekawe czy mama by sie wybrala w gory z toba do KIRGISTANU POZDRAWIAM

  8. 8 May 2015 at 17:11

    Kurde, zastanawiam się poważnie nad moją pierwszą samotną wyprawą, transsyberyjką do Irkucka, stamtąd stopem do Pekinu, nastepnie do Kirgistanu i samolotem do Turcji. I powiem Ci, że ten post opisuje dokładnie to, co chciałbym spotkać po drodze. Pierwszy raz tu zajrzałem i chyba jeszcze wpadnę ;)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *